poniedziałek, 31 lipca 2017

I minął mi kolejny rok


Skończyłam wczoraj 24 lata. 
Jak się z tym czuje? Nie najlepiej, nie najgorzej. Z jednej strony minął mi kolejny rok, jestem coraz starsza, a z drugiej czuję, że niewiele jeszcze zrobiłam i mogłabym przeżyć ten rok trochę bardziej ambitnie.
Spędziłam dwa dni w gronie znajomych i przyjaciół opijając ten mój sukces dotrwania do kolejnych urodzin. Wygadałam, wyśmiałam się i spędziłam bardzo miło i sympatycznie ten czas. Znajomi mają mnie chyba za małego alkoholika, bo zapas wina mam teraz na co najmniej dwa miesiące. Ale trafili w gust, więc nie ma co narzekać :D

Z okazji urodzin coraz bardziej zastanawiam się nad zmianą pracy, bo w swojej obecnej bardziej się męczę niż czuje swobodnie, ale obiecałam sobie, że daje sobie jeszcze miesiąc i zobaczę co dalej.

No i tradycyjnie, znowu się zawiodłam myśląc, że chociaż moje urodziny zmobilizują pewną osobę do odezwania się do mnie. Ale jak widać - wciąż jestem naiwna i nie mam zielonego pojęcia dlaczego tak bardzo siedzi mi w głowie.

A z racji urodzin życzę sama sobie więcej odwagi i szybkości podejmowania decyzji. I może stanowczości. I pewnie miliona innych rzeczy, ale dobrze by było jakby chociaż te się spełniły.

Po dwóch dniach świętowania uciekam do pracy, trzymajcie kciuki abym tam nie zwariowała!
Udostępnij ten wpis

środa, 12 lipca 2017

Żyję!

Udało mi się przeżyć maraton w pracy, wesele, wyjazd do Poznania i kolejny maraton w pracy. Dzisiaj w końcu mam upragniony wolny dzień. W gratisie okazało się, że czwartek i piątek również spędzę w domu. Cieszę się jak nigdy!

Z racji wolnego powoli przymierzam się do remontu w pokoju. Łóżka nie mam już od prawie 2 tygodni i póki co, ku rozpaczy rodziców, zainstalowałam się w salonie. Czyli żyję na dwa pokoje - w jednym śpię, a w drugim mam wszystkie swoje rzeczy. Tylko laptop migruje ze mną z miejsca na miejsce. Dzisiaj zmobilizowałam się do wycieczki do sklepu z meblami i wybrałam sobie łóżko. Jutro podjadę załatwić wszystkie formalności odnośnie wzięcia go na raty i w ciągu 4 do 6 tygodni powinno do mnie trafić. W tym czasie mam nadzieję, że uda mi się odmalować ściany i będę mogła uznać remont za skończony.

A z radosnych wieści - udało mi się kupić bilet na Eda Sheerana! Także w sierpniu za rok bawię się w Warszawie!

I ostatni uwaga - GDZIE JEST LATO?!
Udostępnij ten wpis

wtorek, 27 czerwca 2017

...


Brak motywacji zastąpił mi brak czasu na odpoczynek. Od pewnego czasu wskoczyłam na wyższe obroty, nie do końca na własne życzenie, ale przynajmniej oderwałam się trochę od monotonii.
Częściej bywałam w pracy, a tam jak zwykle miałam bardzo dużo do zrobienia.

Aktualnie jestem tak bardzo zmęczona, że najchętniej przespałabym trzy dni. Ale nie mogę! Do piątku jestem codziennie w pracy, a w weekend już wesele mojej koleżanki z pracy.
Dzisiaj uświadomiłam sobie, że najbliższy całkowicie wolny dzień od wszystkiego będzie mieć dopiero DWUNASTEGO lipca. Trzymajcie za mnie kciuki abym dożyła do tego czasu, bo jeszcze pod drodze czeka mnie wyjazd do Poznania.

A wczoraj spotkałam przez przypadek pana z postów poniżej. Wyraźnie dałam mu do zrozumienia, że niekoniecznie podoba mi się jego zachowanie. W każdym razie na nic się nie nastawiam, jak się odezwie to się odezwie, a jak nie to przecież nic mnie to nie obchodzi! :)
Udostępnij ten wpis

czwartek, 15 czerwca 2017

Nawet tęcza potrzebuje deszczu


Połowa czerwca już za nami, a ja jutro zaczynam maraton w pracy. Nie uśmiecha mi się to zupełnie, ale niestety czasem tak bywa.
Nastroje w pracy trochę się poprawiły, dużo odbytych rozmów pozwoliło nam spojrzeć na nasze wspólne problemy z innej perspektywy. I może nie doszliśmy do 100% porozumienia to przynajmniej staramy się rozwiązywać konflikty na bieżąco i współpracować ze sobą dalej.

Zgubiłam motywację do robienia czegokolwiek. Nie mam ochoty poczytać książki, filmy wyłączam w połowie, nie pamiętam kiedy wypiłam herbatę i w spokoju porozmawiałam z mamą, puzzle rozrzucone na podłodze w pokoju wołają już o pomstę do nieba i nie mogę zdecydować czy układać je dalej czy schować do pudełka, rzeczy piętrzą się na stoliku, a ja nie mam ochoty aby znaleźć dla nich miejsce w szafce. Nie wspomnę już o planowanym odświeżeniu ścian czy zamówieniu nowego łóżka - aktualnie wszystkie te plany przeniosłam na sierpień, bo przecież wtedy będę miała urlop i zrobię więcej. Mhm, już to widzę.
Udostępnij ten wpis

wtorek, 6 czerwca 2017

Hello June - be good, please!


Czasem się zastanawiam ile jeszcze procent pecha z całego mojego życia został mi do wykorzystania. Przy takiej częstotliwości występowania jego w mojej egzystencji obstawiam, że niedługo limit się wyczerpie i będę żyć długo i szczęśliwie. Taa, jasne.
Po raz kolejny przeliczyłam się jeśli chodzi o relacje damsko-męskie. Cóż, jak to się mówi, nie ten to następny. Szkoda, bo naprawdę go lubiłam i miałam cichą nadzieję, że uda się nam do siebie dotrzeć w ten fajny, kumpelski sposób, a późnej sprawy potoczą się na dobre tory. W każdym razie nic z tego nie wyszło, delikwent chyba nie bardzo był skory do rozmów, a mnie męczyło już wieczne pisanie i proszenie się o spotkanie.

W pracy też nie najlepiej. Póki co brak mi motywacji na podejmowanie jakichkolwiek decyzji. Także trwam sobie w takim nie wiadomo czym i czekam, aż coś się zmieni.

Idę zagryźć to czekoladą, bo to przecież lekarstwo na wszystko!
Udostępnij ten wpis

sobota, 27 maja 2017

Gdy kończy się maj


Czas znowu zaczął uciekać mi przez palce. Przecież niedawno był kwiecień i ślub mojej P. A teraz już kończy się maj! 

Urlop upłynął mi pod znakiem braku internetu, zasięgu i praktycznie zerowego kontaktu ze świtem wirtualnym. Spędziłam godziny siedząc z rodziną, z którą nie widziałam się kupę czasu, wysłuchałam milion historii, które wydarzyły się tym czasie, obejrzałam film z wesela kuzyna i przy okazji pomogłam cioci zrobić laurki z okazji dnia Matki dla dzieciaczków w jej szkole. Jednym słowem - odpoczęłam!
Przedłużeniem urlopu okazał się wyjazd służbowy nad Zgierz, gdzie na hamakach w lesie omawiałyśmy strategie szkoleń na ten rok. Tak to ja mogę pracować! 
Po powrocie spędziłam aż jeden dzień w pracy i trafił mi się kolejny wolny weekend. Maj pod względem wolnego bardzo mnie rozpieścił!

Postanowiłam sobie, że na lipcowe wesele nie kupię sobie żadnej sukienki, bo przecież mam ich całą szafę. No ale.. przez zupełny przypadek przed moim wyjazdem w ręce wpadła mi strona z przecenionymi sukienkami i jakoś tak wyszło, że w mgnieniu oka zamówiłam jedną.. a dzisiaj rano drugą... Ale pocieszam się, że za obie (razem z dwiema przesyłkami!) zapłaciłam tylko 90 zł! Czyli rozgrzeszyłam sama siebie, a na weselu i poprawinach pojawię się w nowych kreacjach.

A Pana z postu niżej sobie odpuściłam! Tzn wmawiam sobie, że sobie odpuściłam. Bo to zawsze tak działa, nie? Jak przestajesz się odzywać i angażować to im zapala się czerwona lampka i zaczynają się starać. Także próbuję oszukać system, trzymajcie kciuki, aby mi się udało!
Udostępnij ten wpis

czwartek, 18 maja 2017

W końcu nadeszło wolne!


Znacie to uczucie kiedy siedzicie przed fejsem i wpatrujecie się uparcie w tę zieloną kropkę przy jednym, jedynym nazwisku i siłą woli próbujecie sprawić, aby usłyszeć ten charakterystyczny dźwięk przychodzącej nowej wiadomości, bo wiecie, że jeśli sami napiszecie to wyjdziecie już na psychopatę i stalkera? 
Dlaczego ja za każdym razem chcę bardziej i mocniej? I jestem tak bardzo niecierpliwa, że to powinno być karalne.

Dobrze, że dziś zaczęłam urlop (taki mi urlop, że pół dnia siedzę na mailu i dopinam ostatnie sprawy przed odcięciem się od komputera i może internetu). Udał mi się odgruzować pokój, prawie do końca spakować torbę (jeszcze prasowanie, ale to chyba wcisnę mojej mamie!). Jestem prawie gotowa na jutrzejszy wyjazd!
Kilka dni spędzę na wsi, odpocznę od wszystkiego i mam nadzieję, że wrócę naładowana chociaż trochę pozytywną energią, bo wiem, że jak wrócę to czeka mnie mnóstwo pracy.
Odpoczynku - przybywaj!
Udostępnij ten wpis

wtorek, 2 maja 2017

Wedding time


W końcu udało mi się ochłonąć i na spokojnie usiąść po ostatnim tygodniu bieganiny. Zwieńczeniem tego wszystkiego był przepiękny ślub i wspaniałe wesele, w którym miałam przyjemność uczestniczyć.
Dzień ślubu i wesela zaczął się dla mnie już bardzo wcześnie. Najpierw jechałam do koleżanki zawieźć wszystkie rzeczy i sukienki, później leciałyśmy razem do fryzjera i w ekspresowym tempie jechałam do panny młodej pomóc jej się ubrać. Tutaj możecie zobaczyć jaka była piękna!
Udało mi się wzruszyć milion razy, przetańczyć całą noc, wygrać konkurs podczas oczepin i naprawdę bardzo dobrze się bawić. Mój partner to jednak nie był strzał w 10, ale trudno, jakoś daliśmy ze sobą radę i wiem, że następnym razem po prostu go nie zaproszę.
Poprawiny minęły w luźnej atmosferze, trochę pośpiewaliśmy karaoke, trochę pogadaliśmy i 6 godzin minęło w mgnieniu oka.

A 1 lipca czeka mnie kolejne wesele! Wybawię się za wszystkie czasy!
Udostępnij ten wpis

sobota, 15 kwietnia 2017

Kwiecień plecień


Wróciłam cała i zdrowa, przeżyłam lot samolotem w dwie strony, zjadłam dużo dobrego jedzenia i wyniosłam całkiem sporą wiedzę, którą teraz mogę przekazywać dalej. I to tyle, jeśli chodzi o pozytywy tej całej mojej wyprawy.
Już pierwszego dnia okazało się, że Francję to my zobaczymy, ale tylko na mapie. Docelowym miejscem naszej wyprawy było Rancho znajdujące się w Belgii. Ot taki mały szczegół, o którym przecież nie warto wspominać, prawda? Co z tego, że ubezpieczenie miałam do Francji, co z tego, że cała moja zawartość walizki przygotowana była na pogodę we Francji i tak dalej i tak dalej. Dodatkowo jako jedyne nie dostałyśmy rzeczy do testowania, bo osoba, która to wszystko organizowała u nas w Polsce za późno wysłała nasze rozmiary, nie miałyśmy rzeczy na jazdę konną, bo 'nie będziemy jeździć, nie bierzcie sprzętu' i tak w sumie ze wszystkim. A wytłumaczenie tej osoby? 'Ja nic nie wiedziałam, nikt mi nic nie napisał, nie moja wina'. Także no.. Organizacyjnie wszystko siadło już pierwszego dnia i ciągnęło się przez resztę kolejnych. Ale przynajmniej zintegrowałam się z resztą dziewczyn i same sobie poprawiałyśmy nawzajem humory.

Dodatkowo ostatnio dopadła mnie huśtawka emocji - raz tryskam energią i kochałabym cały świat a za chwile mam ochotę nie wychodzić spod kołdry na dłużej niż droga łóżko-lodówka-łóżko.

Pogoda też nie zachęca do czegokolwiek, kilka dni słonecznych zamieniło się w ciągły deszcz i wichury. Wiosno, gdzie jesteś?!

Korzystając z okazji życzę Wam zdrowych i pogodnych Świąt Wielkiej Nocy, przeżytych w rodzinnym gronie bez kłótni, a w spokojnej atmosferze. Bogatego zająca i niezbyt mokrego dyngusa, bo pogoda zrobiła już swoje w tej kwestii :)
Udostępnij ten wpis

niedziela, 2 kwietnia 2017

Podróże małe i duże


Dzisiejszy dzień upłynął mi pod znakiem ogarnięcia się na jutrzejszy wyjazd. Na samym początku okazało się, że czytanie ze zrozumieniem u mnie leży totalnie i przez 30 minut nie byłam w stanie rozpocząć odprawy on-line. Dopiero obejrzenie filmiku instruktażowego uświadomiło mi, że jak trzeba w pole wpisać nazwisko, to wpisuje nazwisko a nie jeszcze dodatkowo imię #geniusz.

Następnym etapem była panika odnośnie bagażu jaki mogę ze sobą zabrać. Z racji, że samolotem leciałam raz w życiu i było to dawno temu to jestem zupełnym ignorantem jeśli chodzi o te wszystkie normy bagażowe i odpowiednie walizki. Na szczęście koleżanka w pracy przejrzała moją kartę pokładową (taak, specjalnie jechałam dzisiaj do pracy to wydrukować) i uświadomiła mnie, że mogę zabrać ze sobą aż 23kg ciuchów.

Pakowanie szło mi tak opornie dzisiaj, że nie zdziwię się jak jutro wieczorem w hotelu we Francji okaże się, że nie mam połowy potrzebnych rzeczy i w sumie to mogę wracać do domu. A niby walizka pełna! No i tylko około 12 kg, więc mam dużo kilogramów na powrotne suveniry w postaci francuskiego wina i słodyczy.

Także jutro zaczynam przygodę życia. Warszawa -> Bruksela -> Lille. Trzymajcie kciuki, abym przeżyła lot samolotem, aby karmili mnie mięsem, a nie ślimakami i żeby mi się podobało!
Udostępnij ten wpis

piątek, 24 marca 2017

W końcu zaczyna się układać!


Chyba z okazji wiosny w moim życiu nareszcie zaczęło się powoli układać. 
Praca mnie już nie denerwuje, a wręcz przeciwnie. Całkiem miło mi się spędza tam ostatnio czas. Zdobywam nowe doświadczenie i obejmuje nowe role. Jest naprawdę dobrze. Kwiecień będzie bardzo zwariowany, bo czeka mnie kilkudniowe szkolenie we Francji. Nie mogę się już doczekać i tak naprawdę to jeszcze po cichu nie dowierzam, że udało mi się to osiągnąć. Cieszę się jak małe dziecko!

Partner na wesele zaklepany. Tak, dokładnie ten z postu niżej. Stwierdziłam, że przecież chodzi o to, że to ja mam się dobrze bawić i pójść z kimś, kto mi te dobrą zabawę zapewni. Od czasu mojego zaproszenia zdecydowanie polepszył nam się kontakt, bardzo dużo rozmawiamy, a i nawet miałam 
bardzo duże wsparcie w nim, wtedy kiedy tego wsparcia potrzebowałam. 

Sukienka, o której pisałam niżej, również kupiona. I o dziwo nie muszę jeść tynku, a wciąż na moim talerzu pojawia się mięsko. Także chyba coraz lepiej panuję nad swoim budżetem. Albo po prostu panikowałam odnośnie stanu mojego konta. Jak zawsze zresztą.

I w końcu, ale to w końcu zaczyna robić się ciepło! Dzisiaj rano jadąc do pracy radośnie wystawiałam buźkę do słońca, a i nawet wracając po 17 załapałam się na ostatnie promienie słońca. 
Także - chwilo trwaj, lubię jak jest dobrze!
Udostępnij ten wpis

piątek, 10 marca 2017

Gdzie podziali się wszyscy faceci?!


Zaproszenie na ślub i wesele do mojej koleżanki z pracy dostałam dość nieoczekiwanie. No może nie do końca, od jakiegoś czasu zbliżyłyśmy się bardziej do siebie więc gdzieś tam podświadomie czułam, że niedługo otrzymam kopertę z moim imieniem i nazwiskiem. No i z dopiskiem, że zapraszają z osobą towarzyszącą.
Od tamtego czasu zastanawiam się z kim mogłabym się na te wesele wybrać. Szybko zrobiłam research w głowie wszystkich moich kolegów i znajomych. Oczywiście wszyscy najfajniejsi są zajęci, więc nawet nie próbuję pytać. A inni, z którymi próbuję utrzymywać jako taki kontakt akurat są na etapie olewania mnie, więc też odpadają.

Koleżanka z pracy, która również wybiera się na to wesele usilnie próbuje znaleźć mi kogoś do towarzystwa. Staje się to nawet całkiem zabawne, na jednej randce nawet byłam, ale koniec końców nic z tego nie wyszło.

Z wyborem sukienki poszło mi o wiele sprawniej niż z wyborem partnera. Odwiedziłam trzy sklepy, przymierzyłam kilka i już wiedziałam, która będzie moja. Dumnie wisi sobie na wieszaku i czeka na koniec kwietnia. Z kolei w sukience na poprawiny zakochałam się od pierwszego przymierzenia, ale póki co została w sklepie. Cena może nie jest jakaś bardzo duża, ale patrząc, że kupiłam już jedną sukienkę, potrzebuję butów i miliona innych pierdół to wolę się trochę wstrzymać. Ale skubana chodzi mi ciągle po głowie i chyba koniec końców się na nią zdecyduję, a najwyżej do następnej wypłaty będę jeść tynk zamiast posiłków!

A wracając do facetów - jest jakaś granica wieku jakiej powinnam przestrzegać?! Bo właśnie sobie uświadomiłam, że mam naprawdę mega kolegę w pracy, który bardzo dobrze tańczy (przetestowane), jest wyższy (to w sumie nie problem - chyba każdy jest ode mnie wyższy) i bardzo fajnie nam się rozmawia. Jedyny minus - trzy lata różnicy i to ja jestem ta starsza...

Udostępnij ten wpis

niedziela, 26 lutego 2017

Gdy plany zmieniają się nieżależnie od Ciebie

 Wyjazd do Krakowa miałam zaplanowany już dobry miesiąc temu. Bilety na pociąg leżały u mnie w portfelu, bilet na koncert przyszedł pocztą do kumpla w Krakowie, kumpela w Bydgoszczy już praktycznie spakowana.
Plan był prosty - w środę po szkoleniu w pracy i sesji zdjęciowej (spójrzcie na mój instagram i na ten instagram również - całkiem nieźle mi poszło w roli modelki, nie? :D) zabieram się z koleżanką do Torunia, stamtąd prosto do Bydgoszczy, szykowała się mała imprezka. Z rana dnia następnego wsiadamy w pociąg i kierujemy się do Krakowa, tam mamy dwa dni na zwiedzanie i zabawę, w piątek koncert, w sobotę pakujemy się i wracamy do Gdańska na urodziny kumpla. A w niedzielę kacujemy i próbujemy przeżyć ten dzień. A jak wyszło w praktyce?

Środę obudziłam się z katarem, kaszlem i wszystkim tym co zwiastuje przeziębienie. Ale się nie dałam. Spakowałam do końca torbę i pojechałam 1,5h wcześniej do pracy na szkolenie z bezpieczeństwa. Co się nabiegałam to moje, ale przynajmniej procedury mam już w małym palcu. O 9 zaczęliśmy kolejne szkolenie, które na początku odbywać się miało w stajni. Więc zapakowaliśmy się wszyscy do samochodów i ruszyliśmy. Pogoda nie sprzyjała, deszcz i wiatr prawie cały czas nam towarzyszyły. Udało nam się nawet pomylić stajnie, ale koniec końców wszystko się udało - każdy z nas pojeździł konno, S. udało się zrobić fajne zdjęcia i wszyscy byli zadowoleni. Wróciliśmy do sklepu i tam dalsza część szkolenia na której już nie miałam siły nawet słuchać, odebrało mi głos i gorączka zapewne skoczyła. Ale przecież jestem dzielna - wzięłam leki i doczekałam do końca aby ruszyć do Torunia. Praktycznie zjeżdżając już z autostrady dostałam telefon od mojej kumpeli, że z dworca mam się kierować prosto na SOR, bo rozwaliła sobie kolano i nie wiadomo co z nią będzie. 
Pominę już wszystkie przygodny na sorze, koniec końców - Kraków odwołany, M. z prawdopodobnie oderwaną łąkotką i ja z przeziębieniem trafiłyśmy koło północy do jej mieszkania i tam zostałyśmy aż do piątku. 
Przez dwa dni pomagałam kumpeli ogarnąć życie bez jednej sprawnej nogi, gotowałam i chorowałam jednocześnie.
W piątek wróciłam już do domu i do tamtej pory nie wychodzę już z łóżka.
I w sumie jedna rzecz się spełniła - serio próbuję przeżyć ten dzień. W sumie jest już lepiej, ale wciąż nie słyszę na jedno ucho. A jutro już wracam do pracy i bardzo, bardzo poważnie zastanawiam się nad L4. 

I właśnie odkryłam, że czuję się tak paskudnie przez moje wyżynające się ósemki. Dzięki!
Udostępnij ten wpis

poniedziałek, 6 lutego 2017

To nie jest dobry początek roku


Bardzo się cieszę, że moim postanowieniem noworocznym nie była regularność. Jak widać, daleko mi do niej, a wieczny brak czasu niezbyt pozwala mi z tym walczyć. W ogóle początek tego roku nie należy do najlepszych. Oprócz kilku lepszych dni, kiedy spotykałam się ze znajomymi bądź robiłam coś kreatywnego/konstruktywnego/zabawnego nie dzieje się nic ciekawego.

W końcu mam cały dzień wolny. Wolny od pracy, od wyjść z domu i obowiązków. Dzień, który w całości spędzę w dresie i przed komputerem i nie będę mieć z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia. Fizycznie i psychicznie jestem tak przemęczona, że nawet wyjście do sklepu przerasta dzisiaj moje możliwości.

Moja super praca zaczyna powoli mnie męczyć. Nie dość, że mam milion razy więcej obowiązków niż przed objęciem funkcji lidera to mam wrażenie, że spędzam tak każdą chwilę w swoim życiu. Upadła u mnie również organizacja, więc tak naprawdę nie robię nic co miałam zaplanowane i wiem, że nie wyrobię się z terminami jakie sobie założyłam. Trudno, taki miesiąc.
Dodatkowo jeszcze stworzyła się trochę napięta atmosfera z jedną z dziewczyn, ale nie chcę o tym już pisać, bo na samą myśl się tylko denerwuję. Ale jeśli sytuacja do wiosny się nie rozwiąże, to chyba zacznę rozglądać się za czym innym, bo w końcu ponad 2,5 roku w pracy, która miała być tylko dorywczą pracą wakacyjną to już całkiem spory staż.

W tym momencie brakuje mi faceta, który dzielnie znosił by moje marudzenie i podstawił pod nos dobre jedzenie aby poprawić mi humor!

I nie żebym jakoś szczególnie marudziła.. ale do tego wszystkiego mogłoby się zrobić już ciepło. Tęsknię za wiosną!

Udostępnij ten wpis

piątek, 6 stycznia 2017

Nowy rok - stara ja


Nie będę siebie oszukiwać - rozleniwiłam się przez grudzień tak bardzo, że nawet nie zajrzałam tutaj na święta ani z okazji nowego roku. Całą winę zwalam na urlop, który zupełnie wybił mnie z jakiegokolwiek zorganizowanego rytmu. 
Pierwszy tydzień grudnia i urlopu, po weekendzie spędzonym w Warszawie, praktycznie przeleżałam brzuchem do góry przez co nim się nie obejrzałam a już pakowałam się do Opola, aby odwiedzić moją kumpelę. Tam czas zleciał mi równie szybko i w sumie to zdążyłam kupić ze dwa prezenty świąteczne i już wracałam do pracy. A w pracy jak to po tak długiej przerwie nie mogłam się odnaleźć, a nowych obowiązków co chwila przybywało a nie odchodziło. Więc włączyłam system praca-dom-sen-praca i tak trwałam aż do świąt. 

Po nowym roku objęłam nową rolę u siebie w pracy i teraz sprawdzam się jako lider działu. Zobaczymy co z tego będzie, póki co jestem przerażona ilością rzeczy o których muszę pamiętać. Ale chyba mam taryfę ulgową, bo wszyscy raczej pomagają niż przeszkadzają. Mam również super kierowniczkę, która nade mną czuwa! Także zakasam rękawy i robię wszystko co w mojej mocy aby było dobrze.

Przez chwilę myślałam nad podsumowaniem minionego roku, ale po głębszych przemyśleniach nie wiem za bardzo co mogłabym tutaj napisać. Na pewno podjęłam kilka ważnych decyzji w tamtym roku, które mają wpływ na to co dzieje się teraz. Przeżyłam kilka miłych jak i przykrych chwil. I tyle. Nie mówię, że był to zły rok, ale nie był też jakoś szczególnie wyjątkowy. 

Postanowień noworocznych również nie planuję, bo wiem, że i tak nic z nich nie będzie #leniuszek. Wiem, że chcę aby moje życie było lepsze w tym roku, ale to nie kwestia postanowień tylko pracy nad sobą. Więc biorę się za siebie! A kto wie, może tak bardzo się ogarnę, że jeszcze w tym roku uda mi się usamodzielnić i w końcu znajdę sobie jakieś swoje własne cztery kąty i zacznę żyć na własny rachunek. Takie małe marzenie, plan na ten rok :)

W sercowych sprawach dalej cisza.. ale w przyszłym tygodniu widzę się z dawnym kolegą, więc kto wie, kto wie! :)


Udostępnij ten wpis
Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.