wtorek, 29 listopada 2016

Nie jestem już studentką - i dobrze mi z tym!



Jakieś pół roku temu usłyszałam od mojej dobrej znajomej, że podziwia u mnie szybkość podejmowania decyzji. Bo jeśli jestem wiecznie niezdecydowana w kwestii tego co chcę zjeść na obiad bądź które buty ubrać, to jeśli chodzi o poważne sprawy działam dość szybko i nawet racjonalnie. 
Z rzuceniem studiów poszło mi tak samo szybko jak z rzuceniem faceta (no dobra, tutaj jeszcze przedyskutowałam to z jedną czy dwiema osobami i pomyślałam ze dwa dni). Pewnego wieczoru leżąc już w łóżku stwierdziłam, że tak naprawdę to nie odnajduję się na tym kierunku i w ogóle na uczelni. Dodatkowo przeanalizowałam w głowie swoje finanse i okazuje się, że kiedyś tam przeliczyłam się i raczej miałam na koniec pieniędzy więcej miesiąca niż odwrotnie. Także decyzja zapadła ostatecznie. Dosłownie dwa dni później dzielnie maszerowałam do dziekanatu złożyć wniosek o rezygnację ze studiów i standardowe zgubienie legitymacji (taki ze mnie rebel). Jedyne czego się obawiałam to to ile jeszcze będę musiała im dopłacić, bo w sumie nie widziałam, czy zaczął się już nowy miesiąc rozliczeniowy czy nie. Jakie było moje zdziwienie gdy po krótkim telefonie do działu księgowości okazało się, że mam nadpłatę i że mogę złożyć podanie o zwrot kosztów. Nigdy w życiu nie napisałam tak szybko żadnego pisma i byłam w szoku, gdy już tego samego dnia przed 17 dostałam maila o pozytywnym rozpatrzeniu mojego wniosku. Dwa dni później przyszedł przelew i na tym skoczyła się moja przygoda ze studiowaniem w tym roku.

Teraz pojawia się pytanie: i co dalej?! Póki co skupiam się na pracy i życiu poza nią. Biorę dodatkowe obowiązki w pracy, bo w końcu będę miała na to czas, próbuję prowadzić całkiem wesołe życie towarzyskie i po prostu korzystać z tego co mam.
Na studia pójdę prawdopodobnie w przyszłym roku, bo jednak zapał do zdobywania wiedzy we mnie pozostał.

Ale teraz jestem na urlopie i mam dwa tygodnie odpoczynku. Nie będę się przejmować niczym związanym z pracą ani ze stresującymi sytuacjami. Chcę odpocząć i wrócić pełna energii. Taki jest plan, zobaczymy jak wyjdzie! :)

Udostępnij ten wpis

niedziela, 13 listopada 2016

Za co kocham swoją pracę?



W obecnym miejscu pracy zaraz stuknie mi dwa i pół roku. To całkiem zabawne, zwłaszcza, że z założenia szłam tam tylko na 3 miesiące w czasie przerwy wakacyjnej na studiach. Plany mi się tak szybko pozmieniały, a nim się obejrzałam podpisywałam kolejne umowy, aż w końcu wylądowałam na czasie nieokreślonym.

Za co tak bardzo kocham tę robotę?

Po pierwsze za to, że ją mam! 
Nie oszukujmy się, ale znaleźć coś co będzie odpowiadało na tyle, żeby z własnej i nie przymuszonej woli spędzać tam większą część wolnego czasu wcale nie jest łatwo. No i znalazł się ktoś, kto chce wypłacać mi raz w miesiącu kasę za to, że w sumie robię to co lubię.

Po drugie za ludzi, znajomych i przyjaciół. 
Ludzi jest tam sporo, gdzieś około 50, może trochę ponad. Tworzymy zgrany zespół, albo chociaż by w większości zgrany. Sami młodzi, najstarszy 32-letni dyrektor. Razem spędzamy czas nie tylko w pracy ale i poza nią. Poza tym poznałam tam przyjaciół, za którymi to w ogień i gdziekolwiek indziej. Co więcej, przez rok myślałam, że znalazłam tam miłość swojego życia (tu akurat się pomyliłam, ale utrzymujemy jako takie luźne kontakty). Wiadomo, jedni lubią się bardziej, inni mniej. Mamy różne charaktery i pomysły, ale widząc się praktycznie codziennie wiem, że można na nich wszystkich liczyć.

Po trzecie za możliwość rozwoju.
Nie spotkałam się w żadnym innym miejscu, aby tyle uwagi poświęcane było rozwojowi pracowników. Chcesz iść na szkolenie? Jasne, nie ma sprawy! Co więcej, jest ono bezpłatne a Tobie wpiszemy godziny w grafik. Chcesz jechać na szkolenie do sklepu w innym mieście? Bez problemu! Zwrot całkowitych kosztów podróży, noclegu i wyżywienia dostaniesz w ciągu dwóch tygodni. Jesteś w czymś dobry i chcesz szkolić innych ludzi? Super! Szybko zdobędziesz potrzebne uprawnienia i możesz przekazywać swoją wiedzę.
Serio, to takie proste. Przez ponad dwa lata odbyłam dużo szkoleń stricte związanych z moim stanowiskiem pracy, jak i takich nadprogramowych jak na przykład szkolenie z rekrutacji czy zarządzania czasem. Zostałam też szkoleniowcem i zastanawiam się czy nie rozszerzyć swoich kompetencji o kolejne szkolenia.

Po czwarte za integrację.
Integrujemy się kilka razy do roku.Tradycją stały się wyjazdy na kajaki w czasie majówki, podsumowanie półrocza w restauracji połączone z imprezą do rana, pisanie projektu sklepu zazwyczaj z jakimś wyjazdem sportowym czy chociażby świętowanie świąt i sklepowa wigilia, którą przygotowujemy wspólnie tuż po tym jak ostatni klient opuści sklep. Przygotowujemy sobie również prezenty i wręczamy nawzajem. Serio, czuć taką rodzinną atmosferę!

Po piąte za elastyczność.
Decydując się zostać po wakacjach w pracy i kontynuując studia dzienne byłam pełna obaw, że nie uda mi się tego pogodzić. Cóż za błędne myślenie! Pracując na 1/2 i 3/4 etatu (zależnie od miesiąca) przychodziłam do pracy praktycznie wtedy kiedy chciałam. Wiedząc ile godzin muszę wyrobić byłam w stanie zaplanować sobie w jakie dni mogę i chcę przyjść do pracy, a które muszę mieć wolne. Teraz przy całym etacie nie mam możliwości aż takich manewrów, ale wciąż mogę wpłynąć na to jak będzie wyglądał mój grafik.

Wiem, że powodów za które uwielbiam swoją pracę jest jeszcze więcej (same przywileje umowy o pracę i socjalu dla pracowników). 
Oczywiście - jak w każdym miejscu nie zawsze jest tak bajkowo i kolorowo (chociażby sytuacja z moją, na szczęście, byłą już kierowniczką) to i tak lubię tam chodzić. I mogę czasem marudzić, że mi się nie chce, że mam dość to w końcowym wyniku póki studiuję uważam, że to najlepsza opcja jaka mi się przytrafiła!

Udostępnij ten wpis

piątek, 4 listopada 2016

Moja przygoda z Tinderem



O tinderze słyszał już chyba każdy. Niezbyt skomplikowana aplikacja na smatrfony, która pozwala na przeglądanie profili innych użytkowników. Przesuwając zdjęcie w lewo - rezygnujemy z możliwości poznania, w prawo dajemy szansę na sparowanie nas z innym użytkownikiem. Później można zacząć rozmowę i jakoś toczy się dalej.

W moim życiu ta aplikacja towarzyszyła mi już jakieś dwa lata temu. Na samym początku założyłam sobie tam konto tylko i wyłącznie z ciekawości. Nie przywiązywałam zbytniej wagi do tego co tam się dzieje i z tego co pamiętam to spotkałam się tylko z jedną osobą. Później aplikację wykasowałam i tyle mi z tego było. Powróciłam do niej jednak znowu w te wakacje po rozstaniu z facetem (poznanym w pracy a nie w interencie!). Tym razem bardziej skupiałam się na tym co konkretnego płeć przeciwna pisała w opisie, jakie zdjęcia dodawali, porównywałam nawet wspólnych znajomych (oczywiście jest to połączone z fejsem).
Wśród swoich perypetii poznałam kilka typów tinderowych znajomości.*

Pan-z-nie-z-tego-świata
Na samym początku byłam pod wrażeniem. Był jednym z niewielu, który po otrzymaniu mojego numeru telefonu zamiast napisać – zadzwonił. No i na tym kończą się zalety. Nasze spotkanie przebiegło w dość dziwnej atmosferze, koleś po dwóch wypowiedzianych przeze mnie zdaniach zrobił mi psychoanalizę, mówił od rzeczy i nie dał mi dojść do słowa. Aż w pewnym momencie po prostu w połowie zdania rzucił „muszę już iść”, odwrócił się na pięcie i poszedł.

Pan-jestem-lekarzem-więc-jestem-lepszy-od-innych
Zwykły niezobowiązujący obiad w jednej z droższych restauracji w mieście. O płaceniu za siebie nie było mowy (niby miłe, ale nie lubię jak praktycznie ktoś obcy płaci za mnie). O studiowaniu medycyny dowiedziałam się chyba więcej niż przez trzy lata spędzone na uniwersytecie medycznym studiując całkiem niedaleko środowiska medycznego. O sobie nie zdążyłam zbyt wiele powiedzieć, bo na wszystko da się znaleźć jakieś medyczne odniesienie. Serio. Na wszystko. Ale mimo wszystko i tak całkiem miło wspominam to spotkanie, kontakt umarł śmiercią naturalną.

Pan-traktuję-Cię-jak-moją-przyszłą-żonę
Na szczęście nie doszło do spotkania. Tylko do wymieniania smsów. Na samym początku nawet wydawał się miły i sympatyczny. Może trochę nadgorliwy. Tak odrobinkę. Ale gdy tylko okazało się, że nie mam fizycznie czasu odpisywać na jego wiadomości zostawałam zalewana wręcz tonami smsów. Na nic zdały się tłumaczenia, że mam życie poza telefonem, że mam pracę i inne zobowiązania i nie będę siedzieć 24/h przy telefonie, żeby odpisać na kolejną nic niewnoszącą wiadomość w stylu „obejrzałem taki a taki film”. Serio.  Kończyło się na tym, że na jedną moją wiadomość przypadało dziesięć jego. On dalej walczy, ja już się poddałam i przestałam reagować.

Pan-nie-poddam-się-dopóki-się-nie-spotkamy
Zupełnie nieszkodliwy, jednak co jakiś czas przypominał się, że w sumie to można by było się spotkać na tę herbatę czy kawę. W końcu się zgodziłam (przecież nie miałam nic do stracenia) i któregoś piątkowego wieczora udałam się na wyżej wspomnianą herbatę. Spotkanie było krótkie i od razu okazało się, że niezbyt mamy o czym rozmawiać więc po prostu rozeszliśmy się w swoje strony.

Tym o to sposobem zakończyłam swoją przygodę z Tinderem. I raczej już do niego nie wrócę.Ale nie można też generalizować - poznałam tam kilka naprawdę miłych i sympatycznych osób, jednak kontakt utrzymywaliśmy tylko na stopie koleżeńskiej.

I teraz pojawia się pytanie – czy to ze mną jest coś nie tak, że nie znalazłam tam nikogo czy po prostu nie dawałam zbytniej szansy wszystkim spotkanym tam facetom?

A teraz śmigam na siłownię poskakać trochę na trampolinach, a co!

*Moja zupełnie nieobiektywna opinia!
Udostępnij ten wpis
Szablon stworzony przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.